martes, 3 de marzo de 2009

Skalista dolina snów

Wracaliśmy kiedyś z jarmarka późną już nocą do domu. Słońce zachodziło krwawą barwą nad czarnymi górami pod którymi żeśmy mieszkali. Przy wejściu nad drzwiami domu był ogromny krzyż ze smutną i przerażającą twarzą Ukrzyżowanego, która napawała dzieci strachem. Z drugiej strony pachniały, upajały swym zapachem kwiaty pod jasnym wizerunkiem Panny Najświętszej. Tą dzieci lubiły i modliły się do niej bez strachu. Dolina była głęboka, wkopana w ogromne góry. Rwące rzeki i strome urwiska oddzielały nas od świata. W południe, pod ukośnymi promieniami parzącego słońca, odbijały się na tle jasnego nieba, szybujące powietrzem ogromne, czarne kondory. Tuż obok domu była rzeczka i cudowne, czerwone, wielkie otwarte kwiaty pomiędzy którymi pełzały duże, kolorowe węże i najprzeróżniejsze owady. Tu dzieci lubiły się bawić najbardziej.

Dlaczego właśnie ja stamtąd pochodziłam a nie skądeś indziej? Często, siedząc pod czarnym, okwieconym gwiazdami niebem, myślałam o wszystkim co miałam kiedykolwiek przeżyć. A przecież byłam jeszcze zupełnie maleńką dziewczynką. A już myślałam, popod słodkim zapachem niebieskich eukaliptusów, o poznaniu największych praw Wszechświata, o rozmowach między Bogiem a diabłami, o doznaniu wiedzy i szczęścia i o jakiejś heroicznej śmierci, kończącej tragiczne, a jednak szczęśliwe życie. Czy to dlatego, że narodziłam się w owej prażystej dolinie dżunglowej, gdzie węże bawiły się wraz z motylami pod wizerunkiem Panny Najświętszej? A gdzieś niedaleko od naszych czarnych strojów zakrywających kibić kobiecą, hodowały się ponoć na słońcu nagie dziewczyny pomiędzy czarnymi wężami? Czy to dlatego, aby?

Pamiętam ciemne wieczory smutku, opatulona w słodki zapach krzaku jaśminu ponad szybowaniem kolorowych papug. Nazywałam się... Jakżeż się nazywałam? Wszystko to są wspomnienia niejasne, splątane już niewyraźnie ze snami i filmami w głuchej pamięci życia. I jakieś czarne pianino w białym domu, gdzie Babcia uczyła mnie grać przesłodki, a zapomniany już mazurek Szopena, mimo że Jerozolima była gdzieś, na innym krańcu nieznanego świata. I jakieś niesmaczne potrawy z papug, i czarno oprawione skórą bizontów książki magii i hebrajskiego na półce jakżeż już dalekiego ojca. Pamiętam jak wchodził groźny i chudy ze złotymi okularami na nosie, a ja się chowałam ze strachu pod ciężkimi fotelami salonu.

I jakaś kaplica wkopana w skalistą ścianę góry, Matka Najświętsza i mdły pod nią zapach kwiatów śmierci. A przecież, mimo wszystko, nie można powiedzieć abym była nieszczęśliwa w owej skalistej dolinie snów. I jakiś pierwszy pocałunek na twarzy, splątanie się naszych obu rąk i słów pośród gwiazd. I to że byłam „tą śliczną, tą ukochaną i jedyną” podczas gdy wcale się taką nie czułam. A przecież było jakieś mgliste szczęście w owym życiu dla życia. I jakiś burzliwy szum rzeki łamiącej oporne kamienie na swej drodze popod lejącym się deszczem. Piaszczysta plaża i krążące po niej rude skorpiony śmierci. I błyskawice przeszywające ciemność w burzliwych nocach niespania. I to, że się było już samą sobą, a nigdy już nikim innym. I jakiś głos wołający mnie rozpaczliwie, podczas gdy ja nie chciałam już odpowiadać, ukryta na zawsze pod zakurzonymi książkami.

(Obraz Gauguina) – Jadwigo, Jagienko, Jagodo!


Fragment opowiadania "Skalista dolina snów" Isabel Sabogal Dunin - Borkowskiej

No hay comentarios:

Publicar un comentario en la entrada